Przecudnie jest mieć pasję albo pasje… Cudownie, że ludzie odnajdują się w ten sposób, że tworzą miejsca, gdzie mogą sobie te pasje realizować.
Bardzo się cieszyłam, kiedy zabierałam konie do ich domu w Muszakach. Kiedy zobaczyłam, że wysiadłszy z przyczepy odetchnęły z ulgą, poleciała mi łezka z radości. Wiedziałam, że ta sielanka nie potrwa zbyt długo, ale postanowiłam włożyć w ten czas maksimum energii, żeby wszyscy byli szczęśliwi. Chyba mi się udało, mimo że zupełnie zrujnowałam swój samochód dojazdami po wertepach i do dzisiaj stoi na kołkach unieruchomiony… Ale co z tego? Są rzeczy, które zawsze warto robić!
Znaleźli się też miłośnicy tego miejsca, przybyli starzy bywalcy i pojawili się zupełnie nowi, choć nie prowadziłam żadnej szkółki i raczej konsekwentnie brnęłam w sesje zdjęciowe, to ciężko mi było czasem odmówić sprawienia komuś przyjemności jazdy na Wichrze. Wicher zaś poza powrotem do zdrowia, kondycji i wyjścia ze stanu depresyjnego, nabrał do mnie zaufania i ostatecznie zaprzyjaźniliśmy się bardzo.
Na pożegnanie skrzyknęłam wszystkich na pożegnalny wieczór. Zupełnie spontanicznie, a więc nie wszyscy mogli być. Zrobiliśmy pożegnalną jazdę i pożegnalną sesję. Ania przypomniała sobie z dzieciństwa wiatr we włosach w galopie. Mateusz po raz pierwszy siedział na koniu i to jest jedna z tych osób, która mnie zadziwiła tak, że szczękę zbierałam z ziemi… Bo on po prostu wsiadł i pojechał, jakby robił to od zawsze. Anglezował właściwie po pierwszym wyjaśnieniu o co chodzi, w kłusie ćwiczebnym prawie nie odklejał się od siodła… Co tam sobie zażyczyłam – wykonał… A potem poszliśmy w teren, zrobić kilka zdjęć i koń się go słuchał… No coś takiego!
Natalka znalazła czterolistną koniczynkę i podarowała ją Lenowi na szczęście, żeby trafił na dobrych ludzi w swoim końskim życiu i żeby był szczęśliwy. Skonsumował. Oskar miał jeździecki wycisk – będzie z niego kiedyś dobry jeździec. Kacper dotrzymywał nam towarzystwa, a Gabrysia niestety pokonała alergia na konie, więc nie załapał się na zdjęciach, gdyż ukrył się przed alergenami w samochodzie.
Na sam koniec świat zapłakał gęstym, grubym deszczem z burzą z piorunami.
Płakałam, kiedy w nerwowej atmosferze opuszczaliśmy to miejsce. Konie musiały się rozstać, zapanował zupełny chaos, przede wszystkim Wicher nie chciał nigdzie jechać i wcale mu się nie dziwię – też bym wolała tam zostać… Teraz mieszka w dobrym miejscu w Stajni Jawa, niedaleko mnie, dość blisko Warszawy, w jednym z końskich hoteli, ale brakuje mi bardzo jego towarzystwa, zapachu, jego wygłupów, miękkich chrap i ciekawskości. Zaprzyjaźnił się tam z jednym z rosłych wałachów i wszędzie chodzą razem. Jestem u niego najczęściej, jak mogę, poczyścić, pojeździć, dać smakołyki, ale to już historia na inną fotorelację.













